
Wrzesień w Gdańsku sprzyja refleksji nad historią miasta. To właśnie tutaj padły strzały, które rozpoczęły II wojnę światową, tu znajdują się miejsca pamięci, gdzie 1 września 1939 roku nieliczni Polacy stawili beznadziejny opór Niemcom.
Gdy po zakończeniu I wojny światowej Gdańsk stał się Wolnym Miastem, Polsce przyznano szereg przywilejów. Rzeczpospolita otrzymała wówczas między innymi prawo do korzystania z gdańskiego portu oraz obsługi celnej i pocztowej nowego państwa - miasta. Na mocy traktatu wersalskiego powstała zatem polska Dyrekcja Poczt i Telegrafów w Gdańsku. W 1924 roku otrzymała ona siedzibę na Osieku, w budynku dawnego szpitala. Remont i adaptacja gmachu trwała kilka miesięcy i dopiero na początku stycznia roku 1925 otwarto polski Urząd Pocztowy nr 1. Obsługiwała ona ruch pocztowy z Gdańska do Polski.
Pod koniec lat trzydziestych pocztowcy, zwłaszcza listonosze stali się obiektem szykan i napaści ze strony hitlerowców. Nierzadko wracali z terenu pobici, ze zniszczonym umundurowaniem i sprzętem. Z czasem zagrożenie tak wzrosło, że aby wrócić cało, musieli poruszać się w 2-3 osobowych grupach. Również polskie skrzynki pocztowe były obiektem nieustannych dewastacji - zamalowywano je lub zrywano. Ostatnie miesiące pokoju dla polskich pocztowców były ciągłą walką z narastającą agresją brunatnych bojówkarzy.
Nic więc dziwnego, że gdy w lecie 1939 roku przybył z Warszawy oficer II Oddziału Sztabu Głównego WP (wywiadu), podporucznik Konrad Guderski, z ochotą poddali się jego rozkazom. A rozkazy były ważkie - załoga poczty miała utworzyć na jej terenie punkt oporu, który miał bronić się przez kilka godzin, aż do nadejścia odsieczy z Polski. Do budynku poczty przemycono broń i amunicję. Rozpoczęto też przygotowania do obrony - napełniono worki z piaskiem, wycięto drzewa przed frontonem budynku, zaś załogę zaczęto szkolić w obsłudze broni. Z ramienia kierownictwa poczty przygotowaniami do obrony zajmował się Alfons Flisykowski, który został szefem tajnej organizacji samoobrony na poczcie.
Rankiem 1 września oddziały niemieckie przypuściły szturm na pocztę. Zacięta obrona zaskoczyła hitlerowców, którzy przez kilkanaście godzin nie mogli poradzić sobie z oporem pocztowców. Nie pomogły kilkakrotne szturmy z użyciem granatów. Dopiero ostrzał z haubicy, wybuch miny umieszczonej w podkopie pod gmachem, oraz atak przy użyciu miotaczy ogni, spowodował załamanie się polskiej obrony. Po czternastu godzinach walki ci, którzy przetrwali, oddali się do niewoli. Podczas obrony zginęło ośmiu pocztowców, pięciu zmarło wkrótce na skutek odniesionych ran.
Nie było jednak im dane skorzystanie z praw jeńców wojennych. Niemcy osadzili ich w Prezydium Policji Gdańskiej i 8 września osądzeni. Trzydziestu ośmiu pocztowców stracono 5 października na Zaspie, w okolicach ówczesnego lotniska. Ich grób odnaleziono dopiero w latach dziewięćdziesiątych, przy okazji budowy siedziby banku - w miejscu tym powstał pomnik upamiętniający zbrodnię. Pozostali znaleźli się w obozach koncentracyjnych, wielu z nich nie przeżyło. Przez wiele lat rodziny ofiar prowadziły walkę o rehabilitację i odszkodowania od rządu niemieckiego. W końcu w niemieckich sądach udowodniono mord sądowy, pocztowcy zostali zrehabilitowani, zas rząd niemiecki wypłacił rodzinom zamordowanych bohaterów odszkodowania.
(artykuł ukazał się w "Życiu" z 23.09.2000r.)
©Krzysztof Nowak
Gdańsk 2003
Strona powstała przy pomocy programu Pajączek