e-WANOGA

Obrazek tytułowy


Gdyńskie opowieści


Franciszek Fenikowski "Oddech wieków. Sagi srebrzystej Gdyni"

Jarzębiny


"Wzgórza Redłowskie są w dolnej części ku południowi i ku morzu zalesione; są tam ciekawe krzewy i rośnie rzadka jarzebina szwedzka, dlatego część lasu uznana została za rezerwat (...)" Bernard Chrzanowski: Wybrzeże

Kępa Redłowska vel Cypel Redłowski znana jest również jako Kacewski Hak, co po kaszubsku znaczy m.in. zakręt wybrzeża morskiego lub drogi; również mielizna (klifowy brzeg morski ciagnący się aż po Kack bierze tu zakręt).

Legenda głosi, że Cypel Redłowski był niegdyś przystanią dla zbłąkanych żeglarzy, którzy wspinali się na zbocze, by pokłonić się wróżkom urodziwym jak jarzębiny, które wróżyły im z sita, popiołu czy wody; czy bóg morza obdarzy ich szczęśliwym powrotem. Pewnego razu przypłynął młody syn (Sygurd) króla szwedzkiego Ottara. Zauroczył się jedną z wróżek Krasną i wykrzyknął z wrażenia "Jarzębina". Gdy wrócił do domu, z tęsknoty zachorował i posmutniał. Jego druhowie - wikingowie zobaczyli w studni losu krew i stwierdzili, że uzdrowieniem dla niego będzie krwawa wyprawa, obiecali, że przywiozą swemu panu Krasną. Wrócili na Wzgórze, ale ku ich zaskoczeniu Krasna Jarzębina i druhny - Jarzębinki podniosły bunt, chwytając za topory wyciosane z kamienia. I tak krew pomorska zmieszała się ze szwedzką. " Z przelanej zaś posoki wyrosły na Redłowskiej Kępie pierwsze w naszym kraju szwedzkie jarzębiny, które każdej jesieni, płoną w nadmorskim słońcu kroplami zakrzepłej krwi." A " po Krasnej i jej wieszczkach z Gostkowej świątnicy"(świątynia Gostka - władcy morza) została znaleziona przed wojną przez kąpiącą się dziewczynkę Hankę Chrzanowską krzemienna siekierka.

Swelina

(...) brzeg Zatoki Gdańskiej obfituje w malownicze odcinki. U południowej granicy obfituje w malownicze odcinki, nad wsią Kolibkami - która niegdyś była własnością Jana Sobieskiego, a po jego zgonie królowej Marysieńki, lubiącej tu przebywać - dźwiga się nadbrzeże wyżej 40 m, zarastają je często dęby i buki".
Jerzy Smoleński: Morze i Pomorze.

" Na Górze Zamkowej - jak wskazuje jej nazwa - stał w dawnuch czasach pomorski gród". Władał nim przez wiele lat Donimir, który przekazał potem rządy w ręce swego syna Bojana. Miał on wszystkie dostępne bogactwa, był bogaty i był dobrym myśliwym. Jednego jednak nie miał - żony. Pewnego razu zapuścił się Bojan w las za zwierzyną - sarną. Zamiast zwierza ujrzał przecudnej urody dziewczynę - której na imię było Swelina. Została ona jego żoną. Bojan całkowicie poswięcił się żonie, nie polował, złagodniał. Pewnego razu pastuszek Suchanik doniósł, że w okolicach Brodwina, był niedźwiedź, porwał mu owce. Prosił władcę o pomoc. Ten jednak zwlekał. Za namową żony zapuścił się jednak w las, by pomóc poddanym. Długo jednak nie wracał. Swelina wyruszyła na poszukiwanie męża. Znalazla w lesie rozszarpane przez zwierza jego zwłoki.

" Płakała długo, żałośnie, aż rozpłynęła się we łzach. Powstał z nich potok. Wody jego dnem lesistej doliny podążyły ku morzu. Powstałą strugę stary Donimir, żegnający syna u stosu, który płonął u brzegu morza, rozkazał nazwać Sweliną. I tak się stało."

Adam i Ewa

" W samym centrum Gdyni, w pobliżu skweru Kościuszki stał przed wojną ceglany domek kaszubskiego okrętnika, Augustyna Plichty, co pływał na morzh świata, a potem (za Polski) piastował urząd gdyńskiego feszmajstra (...) (z niem. sprawującego nadzór nad rybołówstwem)".
To u niego w czerwcu 1921 roku zamieszkał Stefan Żeromski. I choć swego czasu pisał "Owa Gdynia jest dziura bardzo mizerną i dość brudną". To właśnie tu tworzył dzieło "Wiatr od morza". Na ścianie domu Plichty umieszczono też pamiątkową tablicę, którą ufundowali gdyńscy dziennikarze. Hitlerowcy zburzyli jednak domek. Tablicę zdołali uratować i przechować gdyńscy harcerze. Po wojnie opatrzono ją napisem:
W tym miejscu stał dom, w którym Stefan Żeromski w roku 1922 tworzył dzieło (Wiatr od morza)".
Wmurowano też popiersie Żeromskiego "w przeniesiony tutaj jeden z dwóch głazów, strzegących niegdyś - opodal (Świętojańskiej Karczmy) i starej cegielni przyczajonej pod gliniastym urwiskiem góry porosłej lasem - wjazdu do Gdyni". Kamienie te nazwano Adamem i Ewą, które owiała legenda o ostatniej z kaszubskich olbrzymek, pani oksywskiego zamku, której nikt nie dorównywał w rzucaniu granitowymi kamieniami. Inna wersja legendy głosi, że oksywska pani mierząc się z hrabią Garantui rzuciła dalej swym kamieniem "Ewą" niż on "Adamem". Co więcej Ewa przetrwała, sprawując dziś rolę pomnika pisarza.

Zbrodnia to niesłychana
SOPOT


Na Zamkowej Górze, zamieszkiwała wraz z ojcem, władcą, piękna Sopotka. A były to czasy, kiedy po sopockich mokradłach leśnych spacerowały niedźwiedzie a rybacy na zatoce dęli w długie drewniane trąby. Piękna Sopotka zakochała się w poławiaczu bursztynów, na co nie chciał się zgodzić jej ojciec Świemir. I odciął mu obuchem (toporkiem) głowę. Sopotka rzuciła się do morza. A ojciec został na mieczach rozniesiony przez morskich zbójców.

SOPOT to stara nazwa słowiańska zawierająca znaczenie: huczący, szumiący potok, a taki płynął w pobliżu grodziska, dziś zwany Grodowym Potokiem, choć z dala od osady.
Niedźwiedzim Bagnem nazywano po XVIII w. okolice dzisiejszej ulicy 23 Marca.

" Odwiedził mnie tu w Sopocie prof. Gieysztor i zaprowadził do lasu, gdzie jest wzgórze na którym było osiedle z VI w. Dwa strumyki płyną obok, cała okolica jest wilgotna i bagnista, zwykłe u naszych przodków upodobanie. Widać wyraźny kształt koła, jakby krater: to właśnie było owo osiedle, zabezpieczone wałem. Dziwiłem się, że nie prowadzi się tu żadnych wykopalisk, zdaje mi się, że byłoby wskazane zrobić przynajmniej przekop w poprzek grodziska. Mogą tam być rzeczy cenne, zwłaszcza, że idzie tu o taką epokę. Syn prof. Gieysztora znalazł parę skorupek. Ale cóż! Zawsze to samo: brak pieniędzy, ludzi"
Jan Parandowski: Luźne kartki

W 10 lat po wizycie profesora w 1960 roku, gdańscy archeolodzy zajęli się badaniami. Zaczęli pilnie przekopywać zakątek między dawną fosą, wądołami obu strug i urwistym brzegiem. Doszli do wniosku, że od VIII do połowy X stulecia, a więc mniej więcej do czasu, kiedy dźwignięto Gdańsk, stał tutaj strażniczy gródek o rozmiarach 45 na 50 m. Tego, że został on zbudowany przez Słowian, nie kwestionowali nawet Niemcy, choć od dawna nazywali tajemnicze to wzgórze po swojemu: Schlossberg (Zamkowa Góra). Stwierdzono, że wał strażnicy licowany był kamieniem, pod wałem zaś garbiły się domostwa, otaczające wolny dziedziniec. Odkryto jakieś palenisko, jakieś ceramiki, wiele paciorków, a przy jednej z chat spory zapas surowego bursztynu. Nie odnaleziono natomiast żadnego dowodu na to, iż sopocki gród stanowił miejsce pogańskiego kultu(...).

Morski niedźwiedź
Kępa Oksywska, Gdynia Babie Doły

" We Szwecyi panna porwana była od Niedźwiedzia, y do iamy zaprowadzana, z nim miała dziecię ludzkiej postaci, ale szerścią obrosłe, któremu dano imię Ursus".
Benedykt Chmielowski: Nowe Ateny

Urocza oksywianka w zamierzchłych czasach stała się matka niedźwiedzia. Była ona żoną jednego z królów morza. Mąż wkrótce po weselu wypłynął w morze ze swa drużyną. Warowny jego gródek piętrzył się opodal portu w Mostach na urwiskach Oksywskiej Głowy. A domu ich strzegł niedźwiedź przykuty do pala na środku dziedzińca. Piękna oksywianka lubiła stróża kosmacza. Więc bardzo się ucieszyła na wieść, że powiła kosmatego potworka. Gdy władyka się o tym dowiedział, polecił matkę wraz z dzieckiem związać złotym łańcuchem, który ofiarował jej w ślubnym darze i w czółnie wypuścić na gniewne fale. Morze jednak ich ocaliło. Wcześniej matka ("króla mama") z tej radości tak podskakiwała, że spadła z krawedzi zbocza i skręciła kark na dnie wąwozu zwanego od tej pory Babim Dołem.
Syn wyrósł na śmiałego żeglarza. Nazywano go niedźwiedziem. Pewnego razu zapuścił się w morze by pomóc wołającym o pomoc żeglarzom. Jak się okazało jednym z nich był jego ojciec. Poznał darowany kiedyś żonie złoty łańcuch. Wrócili na Oksywie. Małżeństwo to musiało być udane, bo skąd inaczej wzięło się na Wybrzeżu tylu "morskich niedźwiedzi", zaludniających portowe tawerny?

Zatopione dzwony
Święta Barbara


Działo się to na początku XIII wieku, kiedy w Danii panował król Eryk IV, zwany Szeląg od Pługa z powodu podatku , jaki nałożył na rolników. Papież Innocenty Iv, pragnąc nakłonić tego władcę do krzyżowej wyprawy przeciw Estom, srogim poganom im piratom, wysłał do niego z Rzymu zaufanego posła. Biskup Sendeza, szary mnich z zakonu świętego Biedaczyny, wiozący królowi w darze drogocenne relikwie i przywileje przyznające tronowi trzecią część kościelnych dziesięcin, nie zastawszy Eryka w Danii, puścił się jego śladem na skalistą Gotlandię, gdzie monarcha szukał schroniska przed grasującą wówczas po świecie czarną śmiercią. Nawałnica popędziła okręt w inne strony (...) Wały morskie wyniosły go z głebin na goły brzeg pod Oksywską Głową. Tam to pojmał ledwie żywego rozbitka Krzywy Wręga - starosta Gdyni.
A miał ze sobą Sendeza relikwie Św. Barbary. 10 lat żył w cieżkiej niewoli. Uratował go pomorski biskup z Kamienia Jaromir, siostrzeniec Świętopełka. Wysłuchawszy jego historii, zabrał go do Gdańska. W Gdańsku odprawił Sendeza pierwsza od 10 lat Mszę Św. I przestrzegł Gdańszczan przed karą niebios, jeśli nie będą szanować siebie i innych.
Król zareagował i ustanowił: iż począwszy od dnia dzisiejszego wszelki człek, jenże poważy się skrzywdzić rozbitka, piętnaście grzywien srebrna gotowizna za niecny uczynek swój zapłaci! Sendeza ofiarował relikwie Św. Barbary gdańskiemu księciu. Umieszczono je najpierw w opactwie oliwskim, potem w nadwiślańskim grodzie Sartowice, skąd wykradli je Krzyżacy. Na Oksywiu zaś w Kościele Panny Marii umieszczono na wieży dwa dzwony. Jeden z nich ufundował biskup Jaromir, drugi jego wuj Świętopełk. Uczynił zaś to w tym celu, aby spiżowe kołaty nawoływały żywych i zwracały oczy ich ku słońcu sprawiedliwości, opłakiwały zmarłych, łamały nawałnice wszelkiego zła, przeciągajace nad wybrzeżem.

W latach wielkiej wojny z Zakonem relikwia ukryta i zdobyta w Malborku trafiła w ręce Polaków. Jagiellończyk darował ja Gdańszczanom, ci zaś czcili ją i wynosili w uroczystych procesjach ( wspaniały relikwiarz dźwigało wówczas czterech mieszczan) naprzeciw polskim królom, odwiedzającym ich miasto. Relikwiarz, przechowywany za Motławą w dolonomiejskim kościele Św. Barbary, zaginął dopiero podczas ostatniej wojny. Nie zaginęła jednak na Pomorzu pamięć o czaszce męczennicy. W Żarnowcu chwałę kupieckiej córy głosili kaznodzieje zakonnicy. Na Oksywiu wielbili "Panią Błyskawic" rybacy z bractwa Św. Barbary i dzwony fundowane za Świętopełka.
Św. Barbara, nieustraszona dziewica, żyjąca w III wieku, wg jednych w stolicy Bitynii - Nikodemii (obecne tereny Turcji), wg inych w dalekim grodzie słońca Heliopolis (starodawne Baalbek w środkowym Libanie), wierna przyjaciółka ludzi morza, patronka od nagłej śmierci i św. Iwo z Bretanii, adwokat, gorliwy obrońca ubogich z XIII w. - takich patronów miały oksywskie dzwony. Wielka też była ich moc. Barbara odwracała pioruny od strzech i masztów, Iwo grzmiał na wszelkie bezprawie..

Dawno już w podziemiach oliwskiego opactwa rozsypały się w proch kości możnego księcia Świętopełka, który często powtarzał słowa św. Andrzeja - króla Węgier: Bracia Niemieckiego Zakonu są jak ogień w zanadrzu, mysz w torbie i żmija na łonie, które wszystko troje źle nagradza doznana gościnność.
Ale pojawiło się po latach nowe zagrożenie - ze strony Szwedów. Ogniem i mieczem pustoszyli folwarki, wsie i miasta, wieszali rybaków. Najezdnika gromił starosta Pucki Jan Wejher. Szwedzi nosili się tez z zamiarem zdobycia Oksywskiej Kępy. Ale legenda głosi, że właśnie wtedy zagrzmiały oksywskie dzwony na trwogę. Admirał szwedzki Jakub Grottberg stwierdził wówczas, że " póki te przeklete dzwony wiszą na wieży oksywskiego kościoła, nic tutaj nie zdziałamy. Użyli jednak pewnego podstępu. W Zielone Świątki, kiedy wszyscy Oksywianie zebrali się w Kościele, przebrani za puckich szkutników, zamknęli wrota kościółka. Grożąc podpaleniem, skradli spiżowe dzwony i odpłynęli. Kaszubi spuścili na brzeg łodzie, by ich gonić. Z pomocą przypłynął im Żeglarz królewski Jan Lunecke, oddając strzały ze swego statku w stronę Szwedów.
Dzwony skamieniały, pociągnęły w Gdańską Głębię tych, co się poważyli dopuścić bezprawia, skalali ręce krwią niewinnych, ludzką krzywdą, haniebnym złodziejstwem. Pogrążył się w toń Iwo i zatonęła w odmęcie Barbara. Zamknęło się nad nimi zielone wieko skarbnicy morza. Wszędzie co roku w pierwszy dzień Zielonych Świąt, można usłyszeć ich wołanie. Co roku odzywa się z głębiny jęk ich wciąż jeszcze żywych serc. A rybacy rozumieją jęk "szwedzkich kamieni", jak nazwano zrabowane dzwony.

Szwedzki kapelusz
OKSYWIE


"Jedynym jest u nas Oksywie. Nie ma drugiej wsi, która by na takim przylądkowym nadmorskim wzgórzu, tuż nad urwiskami z dumą się rozsiadła, drugiego kościoła, którego dzwon by dźwięki swoje z takiej wyniosłości i na zorane pola i na morskie pola rozlewał, drugiego cmentarza, którego mogiły by w takiej jasności i ciszy, na takiej górze i tak blisko morza lśniły".
Bernard Chrzanowski: Z Wybrzeża i o Wybrzeżu

(...)Nie czekając na Zaduszki, wybieramy się na "najpiękniejszy w Polsce" oksywski cmentarz, gdzie zdaniem Bernarda Chrzanowskiego - "ŚMIERĆ PRZESTAJE BYĆ GROZĄ, DUCH ODCZUWA CZAR I PIĘKNO NIESMIERTELNOŚCI".

Odwiedźmy otoczoną żelazem kraty mogiłę urodzonego w dwudziestych latach ubiegłego wieku proboszcza Joachima Krupki, którego imię i nazwisko daje się jeszcze odczytać na zardzewiałym krzyżu; nagrobny głaz Antoniego Abrahama, kaszubskiego stolema, spoczywającego tu obok żony Matyldy z Paszków.; ostatnią przystań księdza Muchowskiego (pelplińskiego seminarzysty), styczniowego powstańca i sybiraka z Foshuty. Spójrzmy na groby patrioty Franciszka Kurra, zamordowanego 11 listopada 1939 roku, przez niem. Zbirów, pomniki Miotków, Dorszów, Tesmerów, Paczulów, Szornaków, Bratków, Myśliszów, Skwierczów, Nowców, Kreftów. Zatrzymajmy się na chwilę przy grobowcu porucznika Marynarki Wojennej Wacława Poważe, ozdobionym sterowym kołem i znamiennym napisem: "A WICHRY MORSKIE NIECH MU SZUMIĄ HYMN BAŁTYKU"

JEST TU:
mogiła poległego 19 X 1939 roku w obronie Oksywia w wieku 36 lat porucznika I dywizjonu artylerii przeciwlotniczej Józefa Jaworskiego, inż. architekta, twórcy hotelu na Kalatówkach; miejsce wiecznego spoczynku komandora porucznika Ludwika Lichodziejewskiego, dowódcy "Kujawiaka", "Błyskawicy", zmarłego w Chicago w 1974;
latem o dobrej pogodzie przechadza się tu duch gospodarza tego cmentarza z 1983 roku - Raszka - oksywiak z dziada pradziada, żołnierz spod Narwiku, który w chętnej pogawędce snuł perypetie dziejowe tutejszych Kaszubów, a świadectwa ich polskości radził wypatrywać na nagrobkach, jak choćby na tym solennym pod starymi kasztanami, przy samym kościele od strony prezbiterium, równie starym jak drzewa, gloszacym na długo przed przyjściem tu wolnej Polski krystaliczną polszczyzną: Tu spoczywa w Bogu moja ukochana żona i nasza dobra matka Dorota Borska ur. Malewska, ur. 14 maja 1820 roku, zm. 8 września 1885 Ave Maryja. Ani ejdnak Raszke, ani nikt inny nie potrafiłby wskazać masowych grobów pległych tu żołnierzy. Okupant postrał się o ich zlikwidowanie. Z tym większą czcią i uwagą, kończąc nasz pobyt tutaj.
Pojedźmy do mauzoleum marynarzy zaginionych wraz z okrętami, zainicjowanego w 1975 r. tablicą zbiorowo upamiętniającą złożona ofiarę ojczyźniea poświęconego, jako całość , 29 maja 1983 r. wraz z ostatnią tablicą. Stopniowo bowiem fundowano tablice dedykowane poszczególnym 18 okrętom: ORP "Wicher", "Rybitwa", "Jaskółka", "Nurek", "Mewa", "Czapla", "Mazur", "Generał Haller", "Gryf", "Gdynia", "Czajka", "Dragon", "Grom", umieszczając je na północnej (czy ściślej płn. - zach.) ścianie kościoła, przed którą wzniesiono ołtarz polowy.

KOŚCIÓŁEK
Zmienił sie krajobraz tej okolicy, ale kościółek trwa, nie ten pierwotny, wzniesiony jeszcze przez Zwinisławę Mściwojową, ale też niemłody i równie ubogi, surowy. Najpierw oddany mniszkom z Żukowa, poźniej darowany przez syna Zwinisławy Świętopełka, oliwskim Cystersom, lecz niebawem (gdyn książę popadł w ciężką chorobę) zwrócony, za radą gdańskich dominikanów, poprzednim właścicielkom, odznacza sie rzadko u nas spotykana cechą. Jego prezbiterium, skierowane na wschod słonca, ku Ziemi Świętej, wykrzywia się nieznacznie na południe, co w intencji gotyckich architektów, hołdujących symbolice, miało przypominać o tym, że syn cieśli, przybity do krzyża, na Jerozolimskiej Górze Trupiej CZaszki, konając pochylił się w tę właśnie stronę ukoronowana cierniem głowę.
Świątynia poświęcona początkowo Pannie Marii, a potem Swiętemu Michałowi Archaniołowi, wg dawnych sag poszła z dymem podczas pierwszej wojny szwedzkiej. Północnych najeźdźców ciągnął Wysoki Kraj. Świadczą o tym ślady "szwedzkich okopów" nad "Małym Morzem" ( Zatoką Pucką) sypane przez obrońcow polskiego brzegu. Z listu hetmana Koniecpolskiego do króla Zygmunta III na temat Oksywia z 25 kwietnia 1627 roku wynika, że szwedzki najeźdźca "interesował się" Oksywiem. Legenda natomiast mówi, że pewna Oksywianka, Amelia Nowcówka, mieszkająca opodal figury św. Rocha założyła się z karczmarzem, że przyniesie kapelusz Szweda, który straszy u wrót cmentarnych. I tak rzeczywiście było, ale duch Szweda nawiedzał ją w snach. Musiała kapelusz zwrócić. Ale ponieważ była opryskliwa Szwed uderzył ją w policzek tak mocno, ze upadła i zaniemogła. I wkrótce potem zmarła. " Zadzwonił jej przy pogrzebie stary kołat z drewnianej dzwonnicy oksywskiej".

ANTEK SPOD DĘBU
Antoni Abraham

(...) żandarmi skuli wszystkich, co odważyli się opierać. Zabrali ich z sobą, zaczęli ciągnąć Abrahama. Wtem Antoni odwrócił się raz jeszcze do ludzi " Dreszcze! - zawołał. - Już niedługo ich rządów! Zobaczycie, że zerwiemy nasze kajdany, jak ja te dziś! Podniósł ręce w górę, aby je wszyscy mogli widzieć i silnym szarpnięciem uwolnił się z kajdan. Żandarmi odskoczyli od niego jak oparzeni".
Augustyn Necel " Maszopi"

Na oksywskim cmentarzu na wielkim granitowym głazie czytamy proste słowa:
"ANTONI ABRAHAM, GORLIWY OBROŃCA WIARY ŚWIĘTEJ I POLSKOŚCI NA KASZUBACH".
Mogiła ta leży w pełnym słońcu, na jednym z najwyższych punktów tego cmentarza. Widać stad jak na dłoni leżące w dole nabrzeża, dźwigi, magazyny, statki gdyńskiego portu. Widok wspaniały, wart zatrzymania się na dłuższą chwilę.
W kwietniu 1923 roku, na dwa miesiące przed swym zgonem (23.06.), Abraham pnący się tędy po stromych ścieżkach oksywskiego zbocza, powiedział podobno do towarzysza, patrząc na morze i Gdynię, która dopiero co zaczęła się przeradzać z małej kaszubskiej wsi w dumny port Rzeczypospolitej:
" Tu chciałbym spocząć i strzec nawet po śmierci tej bramy Polski na szeroki świat".
Trzeba przyznać, że piękne miejsce znalazł sobie Antek "Spod Dębu" na swój grób strażnicę. Zasłużył na nie.

Przyszły "król kaszubski" urodził się 19 grudnia 1969 roku we wsi Zdrada w powiecie morskim (puckim), jako syn ubogiego komornika. W wiejskiej jednoklasowej szkole niemieckiej niewiele się zdołał nauczyć. Czytać po polsku nauczyła go matka na książce do nabożeństwa. O Polsce mówił nu podczas nauki religii pleban z okolicznego Mechowa i działacz polski ksiądz Bączkowski. Wykształcenie swe uzupełnił pilnym czytaniem polskich gazet i książek, słuchaniem ciekawych baśni i gadek kaszubskich. kaszubskich tym przygotowaniem ruszył po śmierci ojca 16 - letni Antoni w świat. Chodził po Kaszubach zarobkując gdzie i jak się dało. " Ja nieomal od kolebki po wioskach kaszubskich się włóczyłem". Pisał w wiele lat później na łamach "Gazety Gdańskiej". Zmieniał przy tym ciągle zawody. Był rybakiem, gajowym, furmanem, agentem handlowym. Ożenił się z Matyldą Paszkówną, doczekał dzieci, nic jednak nie mogło go zatrzymać na jednym miejscu. W droge bowiem gnała go nie chęć zarobkowania, lecz powołania narodowego - emisariusza - budziciela.

Działaczem zrobił Abraham Bismarck, mąż - jak powiada Przybyszewski "opatrznościowy dla Polski". Te paradoksalne na pozór słowa SA słuszne. Żelazny kanclerz biczem walki kulturalnej i antypolskich praw przebudził lud polski z letargu, nauczył go patriotyzmu. Syn kaszubskiego chłopa ze Zdrady był pojętnym uczniem. Szybko poznał konieczność samoobrony. Wraz z Czyżewskim i Szulcem założył jedno z najpierwszych towarzystw ludowych na Pomorzu, "Jedność", po czym rozpoczął pracę organizacyjną na wielką skalę. Założył oddziały towarzystwa w Redzie, Kielnie, Wejherowie, Chwaszczynie, Chylonii i Gdyni. "Dobry człowiek - mówiono o nim - z miejsca na miejsce chodził jak dawniej dudziarze czy gęślarze, co opowiadali ciemnemu ludowi baśnie stare i historie prawdziwe". Wszędzie zaś mówił o Polsce ( to w Borach Tucholskich, to w Swarzenie, to w Oliwie). Agitował i zwoływał wiece. Przemawiając z ogniem, porywająco, pod gołym niebem, w gospodach, jak np. w gdyńskiej karczmie "Pod Dębem", przed kościołami- bił na alarm, budził jak tylko umiał swych "Kaszubów, strażników polskiego morza, wszystkich równo bliskich jego sercu". "Antek znad Bałtyku", Antek z dużym rożkiem, Antek spod pomnika Fryca, Antek spod Dębu, stał się z czasem postacią niemal legendarną.
Niemcy wytoczyli mu 40 procesów. Więzili go i skazywali na grzywny. Nic jednak nie mogło złamać "króla kaszubskiego" kaszubskiego " marszałka wejherowskich pielgrzymek". Kiedy po wiecu w Żarnowcu w roku 1911 aresztowali go pruscy żandarmi i zakuli w kajdany, Abraham zerwał żelazne łańcuchy, wołając do otaczającego go ludu, że i tak prysną już wkrótce więzy naszej niewoli narodowej.
Czyn godny legendy i tym bardziej, że proroctwo Abraham spełniło się. Nadszedł rok 1919 niosąc z sobą zagładę teutońskiego imperium. Abrahama czas ten zastał gotowym do ostatniej rozprawy z zaborcą. Znowu przemawia i zwołuje wiece, na których zapadają znamienne rezolucje.
"MY ZEBRANI NA WIECU POLSCY PARAFIANIE OLIWY - brzmi jedna z nich, zredagowana 6 kwietnia 1919 roku - ŻĄDAMY I DOMAGAMY SIĘ, ABY POLSKIE POMORZE Z GDAŃSKIEM DO POLSKI PRZYŁĄCZONE ZOSTAŁO. UCISKU NARODOWEGO, JAK DOTYCHCZAS ZNIEŚĆ NIE MOŻEMY I WSZYSTKIMI SIŁAMI TAK DUCHA, JAK CIAŁA DĄŻENIE NASZE SERDECZNE POPRZEĆ GOTOWIŚMY. NIE POLSKI BEZ KASZUBÓW, KASZUBÓW BEZ POLSKI"

Kiedy rozeszła się wieść, że nie wiadomo, czy alianci przyłączą Pomorze do Polski, Abraham wraz z Tomaszem Rogalą na zlecenie Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdańsku przebył granicę i dostał się do Warszawy, skąd wyjechał do Paryża z nadzieją udziału w Konferencji Pokojowej w Wersalu.
Prosty Kaszuba stanął tam wobec najwybitniejszych dyplomatów świata, nie speszył się wcale. Gdy zaś usiłowano go podobno w rozmowie z Lloyd Georgem zwieść podstępnym zapewnieniem: "Czego wy chcecie, kiedy wasz rząd Pomorza się zrzekł?" - ogromny pan Antoni huknął na tę smętna kombinację pięścią w stół, zawołał z mocą: "Pomorza nam ani kusy purtk zabrać nie może!". Pomorze wróciło do Polski.
Ze wzruszeniem witał Abraham błękitnego generała -mowa o Halerze - który przybył do Pucka, by rzucić w morze platynowy pierścień zaślubin Rzeczypospolitej z Bałtykiem.
"Kiedy pan jenerał na Kaszubach, to musi z Kaszubą zażyć tabaki z tej oto tabakiery - poczęstował wtedy Hallera z serdeczna rubasznościa kaszubską tabaką, powtarzając, nieświadomie, znaną scenę z "Pana Tadeusza".
Ofiarowywano mu urząd w odradzającej się nowej Polsce, jednak nie przyjął, mówiąc skromnie: "Chcę być wolnym człowiekiem, człowiekiem nie zależnym urzędnikiem, przy tym urzędnikiem darmozjadem. Przecież mam za mało nauki."
Pracował na utrzymanie rodziny w puckiej wędzarni, nawoływał dalej Kaszubów do uczenia się historii i literatury polskiej. Prowadził pielgrzymki na Wejherowską Kalwarię. Agitował za budową portu gdyńskiego. Czynił, honory domu przybyłemu do Gdyni prezydentowi Wojciechowskiemu. Z pokładu kanonierki" Komendant Piłsudski" pokazywał mu wysokie progi kęp kaszubskiego brzegu. Jak dziecko cieszył się pierwszym naszym okrętem - "Pomorzaninem", dawnym parowcem pocztowym, którego uzbrojony kadłub szarzał na Wiku.
Wymierzał dno zatoki tam, gdzie miano zbudować gdyński port. Niecierpliwił się, że wstępne prace postępują wolniej, niż sobie tego życzył. W końcu wyczerpały się siły kaszubskiego stolema. Zaczął gasnąć jak świeca. Zachorował na raka żołądka. Operowano go, lecz zdrowie już nie wróciło. Tak zasłabł, że "nie mógł dac smerce w pesk". Śmierć zastukała do domku przy ul. Staromiejskiej. 23 marca 1923 roku śmiertelnie znużony "proroczk" Abraham odszedł na łono biblijnego patriarchy Abrahama.
"Do dziś został mi w pamięci tamten czerwcowy dzień - opowiadała gdynianka, pani Elżbieta z rodu gdyńskich Bratków. Cały Plac Kaszubski zalegała ciżba Kaszubów Kaszubów i delegatów, przybyłych przybyłych z różnych stron Polski. Kapela Marynarki Wojennej zadęła w trąby, zagrała żałobny marsz. Na schodki klasztoru Sióstr Miłosierdzia, naprzeciw rozłożystego domostwa Skwierczów, wstapił z powagą pierwszy polski wójt Gdyni, Jan Radtke…
Przysiąc nie mogę, ale to chyba on na pomnik Wilhelma I na koniu postawionym przed Wysoką Bramą (dziś Wyżynną), powiadał "Pod Dębem" to z czego się potem ludzie śmiali jak Kaszuby długie i szerokie:(W górę serca dresze! Stary wiluś już wyrywa z naszego stołecznego grodu) Trudno było uwierzyć, ze nie ma z nami Antka spod Dębu, że ten wysoki, zawsze lekko pochylony pod ciężarem różnych zgryzot apostoł w maciejówce na zawsze znikł z gdyńskich ulic, z naszego życia"
Usypano mu mogiłę na Oksywiu, tam, gdzie sobie tego życzył. Często przychodzą tu ludzie, czytają słowa wyryte na głazie, ale nie zawsze zdają sobie sprawę, że leżący tutaj kaszubski heros był jednym z tych, którzy wyrąbali Polsce drogę do morza!

PIERWSZY STATEK

W DNIU 29 kwietnia 1923 roku zostaje uroczyście poświęcona przystań morska zwana Tymczasowym Portem Wojennym i Przystanią dla Rybaków. Przy drewnianym pirsie cumuje kilka okrętów polskich. Pierwszy krok został zrobiony. Po kilku latach z budowli tej nie zostaje nawet ślad, będzie ona zasypana przez molo węglowe, budowę hydrotechniczną nowej już betonowej Gdyni. Do tego drewnianego mola 13 sierpnia 1923 roku podchodzi pierwszy statek bandery francuskiej "Kentucky". To pamiętne wydarzenie, o którym pisała cała ówczesna prasa polska, miało też swoją ciemną stronę. Statek przyszedł po wielkopolskich emigrantów, wśród których było wielu tamtejszych powstańców. Załoga niezmiernie obcesowo obchodziła się z pasażerami, którzy nie mieli drogi odwrotu. Brutalnie rozdzielono rodziny, popychając i poszturchując emigrantów, tak że na statku panowało przygnębienie, które udzieliło się żegnającym na pomoście. Statek odszedł wśród powszechnego milczenia. Słychać było tylko odgłosy pracującej maszyny. C'est la vie - jak mawiają Francuzi zwłaszcza gdy ojczyzna, za która przelewa się krew jest zbyt uboga, aby wszystkim dać chleb.
Marcin Rdesiński: Brama na świat

Latem, 13 sierpnia 1923 roku do pali drewnianego pomostu przycumował nareszcie pierwszy pełnomorski statek. Zawinął tutaj, gdzie "bies mówił dobranoc", właściwie przypadkiem w Gdańsku zastrajkowali dokerzy i nie było innej rady jak wziąć kurs na Gdynię.
Nie trzeba się chyba rozwodzić, jaką sensacją stało się to zawinięcie pierwszego zagranicznych frachtowców dla gdynian, nie mówiąc już o wolnym Mieście, Pomorzu, Polsce , Europie. Siedmiotysięcznik (dokł. 6614 BRT) "Kentucky" miano nosił amerykańskie, ale na jego rufie powiewała trójkolorowa francuska bandera.

ZAPUŚĆMY ŻURAWIA...
Te osty blade i piaski
Czy z lat młodzieńczych pamiętasz?
Zbierałeś cienie i blaski:
Sny o okrętach.
Juliusz Żuławski: Na dzień uwolnienia Gdyni

Koronnym świadkiem nadmorskiej i morskiej przeszłości Gdyni jest Żuraw Gdański! Od początku był drewniany. Spłonął w i połowie XV wieku. Odbudowany w dwa lata (1442 44), został obwarowany dwiema potężnymi basztami. Zaniepokoiła Krzyżaków ta imponująca budowla. Wzięli burmistrzów do Malborka na spytki.
- Musieliśmy wznieść zamczyste baszty Żurawia - odważnie odpowiedzieli tam ojcowie miasta wielkiemu mistrzowi na jego pytania - aby obronić nasz gród w razie napadu… wilków czy innych dzikich zwierząt.
W każdym razie warto dziś dokładniej przyjrzeć się temu zbytkowi, który stał się symbolem. W jego środkowej drewnianej wieży odtworzono dwa wielkie koła. Więźniowie lub najemnicy, stąpając po ich wewnętrznych schodkach, ciężarem swym wprawiali ruch ogromną machinę. Przy pomocy konopnej liny, nawijającej się na drewniane kręgi, wydobywali co cięższe towary z okrętowych ładowni, podnosili maszty na szkutach i nowo zbudowanych statkach. Czy zgadniecie gdzie je budowano? Nie tylko w stoczniach Gdańska: Na Stępce, na Lastadii, ale i w Gdyni "Zeszłego roku gdański mieszczanin, Holender z pochodzenia, nazwiskiem Dyrk Holbeke jął budować nad morzem na trądzie między Gdańskiem a wysokim krajem Oksywia, o milę od Chylonii, przed wioską zwaną Gdynia, nawę długą na 36 łokci; od Wielkanocy do 24 dnia po Zielonych Świątkach okręt stał w wodzie na okrągłych dylach, a właściciel wiele musiał sobie zadać trudu, żeby go odwrócić, podnieść i przy pomocy 2 wioślanych łodzi doholować na Motławę, gdzie w dzień po Św. Wicie statek ten wyposażony tylko w fok - maszt, stanął przy pomoście Przed Chlebnicką Bramą" - zanotował w XV stuleciu gdański kronikarz, sławetny Kacper Weinreich.

Sam Żuraw zdradził mi więcej szczegółów o dziełach gdyńskich korabników. Przez trzy wieki budowano pod Oksywską Głową statki, korzystając z bliskości lasów i z taniej siły roboczej Kaszubów, owych gdyńskich "szarych klusek". Szkielety dębowych wręg , spojone z drzewa przywiezionego z zachodu odwieczną Pańską Drogą, piętrzyły się na piaszczystym brzegu u stóp Kamiennej Góry.
Oglądał je zapewne w XVII stuleciu Jan Pleitner, inżynier "morskiego króla" - Władysława IV, gdy zamierzał w tej okolicy zbudować przystań dla "wodnej armaty"(floty) Rzeczypospolitej. Nie wszystkie jednak roboty wykonywano jednak na miejscu. Pękate kadłuby holowano przez Zatokę do Gdańska i tam stawiał na nich wielkie maszty pracowity mistrz nad mistrze w tej dziedzinie - nadmotławski Żuraw!

ZAJAZD NA MOSTY

Nad wybrzeżem wschodnio-pomorskim wymieniany jest prócz Gdańska jeszcze jeden port morski, mianowicie w Mostach k. Oksywia(…) W roku 1282 książę Mestwin specjalnym przywilejem nadaje biskupowi kujawskiemu na wieczne czasy (In perpetum) port morski (portum maris), który powszechnie nazywany jest Mości. W następnym roku Mestwin powtórnie daruje: portum maris Mozi z wszystkimi swymi korzyściami temuż ordynariuszowi diecezji wrocławskiej
Władysław Łęga: Obraz gospodarczy Pomorza Gdańskiego w XII i XIII wieku

Mosty -wczesnośredniowieczny konkurent Gdańska. Coś w rodzaju ówczesnej Gdyni. Prawdopodobnie przystań rybacka, służąca też żegludze przybrzeżnej. A.D. 1224 Świętopełk daruje tę przystań białym braciom - cystersom z Oliwy, w 11 zaś lat później 9 sierpnia - potwierdza. Potem od 1245 roku , gdy biskup darował Mosty żukowskim norbertankom, zaczęły się długoletnie spory o atrakcyjną włość między oboma klasztorami. U schyłku XIII wieku port Mosty został wymieniony w dokumencie ugody księcia z wrocławskim biskupem, inny zaś akt z tego okresu zezwala oliwskiej kurii w Mechelinkach mieć własny statek na Zatoce. "Wieś Mosty - pisze Bernard Chrzanowski w Wybrzeżu - w stronie płn była w XVII wieku świadkiem ciekawego zajazdu, jedynego na Wybrzeżu(…) - Otóż klasztor żukowski, twierdzący że Mestwin I nadał mu całą oksywką ziemię, nie mógł się pogodzić z utratą północnej części nadanej klasztorowi oliwskiemu, dokumentem Mestwina II z 1289 roku.
Tradycja tej rzekomej krzywdy była jeszcze w końcu XVI wieku bardzo żywa, a nieprzyjaźń dwóch klasztorów nie niknąca. Gdy więc Żuków wydzierżawił w 1596 roku Mosty jako rzekoma swą własność niejakiemu Ueberfeldowi, Oliwa wydzierżawiła je Stanisławowi Konarskiemu, krewnemu przeora. Ten nie mogąc, wobec oporu Ueberfeldów, wejść w posiadanie wsi, a obawiając się, że proces przed sądem będzie trwał zbyt długo, urządził zbrojny zajazd na Mosty. Owładnął niem, gdyż Ueberfeldowie poddali się po pierwszych strzałach".
Ueberfeldowie nie wypadli sroce spod ogona. W Złotym wieku głośno było o nich na Wybrzeżu. Walenty Ueberfeld, senior rady puckiego starostwa, królewski poborca był morskim komisarzem Zygmunta Augusta, a potem namiestnikiem króla jegomości w inflanckiej Parnasie. W 1589 roku procesował się zaciekle z żuławskim dziekanem, doprowadzając sprawę aż do najwyższej instancji. A Kacper Ueberfeld, pan na Koleczkowie, stał się nawet bohaterem jednej z kaszubskich sag. W ścianie kościoła parafialnego parafialnego Kielnie wmurowano jego kamienny nagrobek. nagrobek narożniku płaskorzeźby widnieje herb Ueberfeldów: gałązka dębu z dwoma żołędziami.

ZBÓJECKI PARÓW

"Około roku 1608 Jan Karol Korecki, brat wsławionego w bojach z Turkami Samuela, szukając sławy z dzieł wojennych, udał się do Holandii jako ochotnik, ale na morzu pod Amsterdamem od Szwedów schwytany pięć lat ciężka niewolę znosił i dopiero za Karssona, nieprawego syna Karola, króla szwedzkiego, jeńcem polskim będącego, wymieniony został".
Jerzy Pertek: Polacy na szlakach morskich świata

Moje królestwo (kraju lat dziecinnych) rozpościerało się na pięknych wzgórzach za Kolibkami, główna zaś z mych kwater znajdowała się w okolicy wąwozu, któremu daliśmy nazwę "Zbójecki Parów".
Koło Kolibek niejednokrotnie zdarzały się zbójeckie napady i podróżnym chodziły ciarki po skórze, gdy ujrzeli z daleka zarys tutejszej Góry Zamkowej. Najgłośniejsza z tych napaści miała nastąpić "w dzień Przenajświętszej krwi Pana Jezusa" - 1 lipca 1607 roku. Jej przyczyną stał się wspomniany w cytacie na wstępie rozdziału bastard "strasznego stryjaszka" Karola Sudermańczyka, który bratankowi sprzątnął sprzed nosa jego dziedziczne królestwo(…)
Sudermańczyk, który w marcu 1604 roku przyjął ofiarowaną mu przez sejm Noorköping szwedzką koronę, chodził niespokojnie po sztokholmskim zamku i głowił się, jakim sposobem wydobyć miłego synaczka - imiennika z polskiej niewoli. Druzgocąca klęska, zadana mu przez Chodkiewicza we wrześniu 1605 roku pod Kircholmem, skąd ledwie zdołał ujść żywy na statki, paliła go wstydem. Postanowił skorzystać z tego, że Zebrzydowski podniósł rokosz przeciw Wazie, porwać wybierających się na warszawski sejm Filipa Adlera, opata z Oliwy, oraz znienawidzonego twórcę polskiej floty, Jana Wejhera, starostę puckiego, dostać ich w swe ręce, a potem wymienić na Gyllenhjelma. Wysłał więc swych wiernych zauszników na Pomorze. Ci zwerbowali w Słupsku rotmistrza Jana Kopkę. Właściwie Jerzego Koepke, Niemca z pochodzenia, który po wymówieniu mu służby przez Jana Wejhera przeszedł na żołd szwedzki. Najmitów pozyskał 12, lecz osądzono 9, bo 3 udało się uciec za granicę.
Zdrada w porę wyszła na jaw (…). Jerzy Koepke zaczaił się u Kolibek w "Zbójeckim Parowie". Zamach się nie udał. Zamachowców pojmało, osądzono i dla przykładu poćwiartowano.
Wymieniony po latach za Koreckiego Gyllenhjelm raz jeszcze zjawił się u naszych brzegów. brzegów maju 1627 roku dowodził wraz z admirałem Klasem Flemingiem zmierzającym ku polskim wybrzeżom transportowcami Gustawa Adolfa, zawinął pod Gdańsk. Usiłował zablokować go i zniszczyć Zygmuntową flotę, która powracała właśnie z głośnego rejsu do Kołobrzegu. Ale i tym razem mu się nie powiodło. Orlogi kapitana Mory, Wita, Magnusa przedarły się zwycięsko przez szwedzką blokadę, w kilka zaś miesięcy potem zwycięstwo pod Oliwą (28 XI 1627) rozdzwoniły dzwony we wszystkich kościołach kaszubskiego strądu.

Opracowanie: Monika Będkowska
powrót do encyklopedii
powrót do wiadomości kursowych
powrót do głównej strony

©Krzysztof Nowak
Gdańsk 2003
Strona powstała przy pomocy programu Pajączek